I podaje informacje służące przekazywaniu darowizn lub 1% podatku dochodowego na rzecz konkretnych osób, które ze względu na swoje przewlekłe schorzenia wymagają systematycznej rehabilitacji, leczenia i wsparcia, również instytucjonalnego, a z różnych powodów w takim wymiarze, jaki jest im potrzebny, mogą uzyskać te dobrodziejstwa tylko odpłatnie i zwyczajnie nie stać ich (lub ich opiekunów) na nie.

z archiwum B: brak sił na zamiary
czyli okołowigilijne dzieło pomocy bexie

(tekst opublikowany 26 grudnia 2013 roku w blogu slow life & garnek)

Przede wszystkim ser.
Jest.
Musi być, bo okłady  z kazeiny – na duszę, rzecz jasna –  mogą okazać się potrzebne, nawet jeśli dopiero po zakończeniu celebracji, a taki na przykład tylżycki to przecież ani karp, ani śledź. Ani zupa grzybowa, na szczęście. Więc kto by tam myślał o serze przed Wigilią. Najwyżej bexa.
No, właśnie. Tym razem też pamiętała.
Woda z bąbelkami. 
Nie bardzo podobno zdrowa, ale do masażu mózgu najlepsza.
Jest.
W wystarczającej, należy mieć nadzieję, ilości. Szkoda tylko, że nie lżejsza.
Chleb. 
Ulubiony przez piszącą te słowa na ogół występuje endemicznie jakieś dwieście kilometrów stąd. Zdecydowanie za daleko, nie tylko dzisiaj. Udało się jednak nabyć zamiennik.
Czyli nie jest źle.
Skoro chleb też jest. Bo masło było już wcześniej.
Przesyłka z Ź.
Nierejestrowana, niewymiarowa.
Tym bardziej ciekawe, co zawiera.
Awizo leżało w skrzynce prawie tydzień, ale rano listonosz, indagowany telefonicznie,  odmówił jej doręczenia, twierdząc, że przed świętami, których zresztą nie obchodzi,
ma bardzo dużo pracy.
Polegającej zapewne na doręczaniu przesyłek. Między innymi.
Odebrana.
O 19:50 co prawda, ale to i tak nieźle: jeszcze kilka godzin wcześniej wyglądało,
że przed północą autorka nie doturla się na pocztę choćby nie wiem co.
Akcja „Apteka” i operacja „Bankomat”. 
Przeprowadzone i zakończone powodzeniem.
Można wracać.
– Nie pamiętam – myśli bexa, dokładniej niż zwykle otulając szyję nibyszalikiem i naciągając rękawice tak uważnie i starannie, jakby były giemzowymi rękawiczkami – która partia polityczna obiecywała przed wyborami ruchome chodniki. Ale chętnie tu postoję do następnych wyborów, a nuż będzie znowu pozyskiwać elektorat.
Albo dopóki sobie nie przypomnę. Albo do jutra.
– Może pani pomóc?
– Dziękuję, nie trzeba.
– Chociaż kawałek. Małgosiu, daj siatki. Będziesz panią pchać. Prosto?
– Eee… Tak, prosto.
– Małgosiu, prosto. A teraz?
– Teraz… Eee… już dziękuję.
– Nic z tego. Wieziemy panią do domu. My tak mamy. Dwa razy do roku. Przed Bożym Narodzeniem i przed Wielkanocą. Gdzie pani mieszka?
– Eee… Niedaleko. Na ulicy eee… Miśka.
– Za szkołą?
– Eee… Za szkołą.
– Małgosiu, wiesz, jak jechać?
– Tak. Lepiej po prawej czy po lewej?
– Eee… Po prawej. Po lewej są eee… krawężniki eee…bez podjazdów.
– No to jedziemy. Małgosiu, uważaj. Teraz w prawo.
– Eee…
Co to, już? Ja wcale nie chcę się obudzić. Wiem, że trzeba. Ale poproszę dopiero za chwilę.
– Małgosiu, idź na górę. My ściągniemy windę, a ty otworzysz pani drzwi. Te drugie też. I poczekaj, aż winda przyjedzie.
– Eee… Ja chciałam… Bardzo eee… paniom podziękować. Już w tamtą stronę... eee… jechało mi się eee… nie najlepiej, więc z powrotem jeszcze gorzej… Eee… Wesołych Świąt i… eee… do zobaczenia przed Wielkanocą!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz