I podaje informacje służące przekazywaniu darowizn lub 1% podatku dochodowego na rzecz konkretnych osób, które ze względu na swoje przewlekłe schorzenia wymagają systematycznej rehabilitacji, leczenia i wsparcia, również instytucjonalnego, a z różnych powodów w takim wymiarze, jaki jest im potrzebny, mogą uzyskać te dobrodziejstwa tylko odpłatnie i zwyczajnie nie stać ich (lub ich opiekunów) na nie.

z archiwum B: wpis pocztowy

(Opublikowany po raz pierwszy 23 lutego 2015 r. w blogu slow life & garnek)


P.T. Członkom Zarządu Poczty Polskiej

Słabość niejakiej bexy lemon do poczty jest chyba powszechnie znana.
Poczty nadal wyłącznie Polskiej, tak się składa – inni dostawcy usług takich, jak świadczone przez tę instytucję (chociaż teraz już nie wszystkich, ponieważ, na przykład, wafelki czekoladowe można sporo taniej kupić w placówkach specjalizujących się w handlu detalicznym) nie występują w okolicy, i gdyby nawet  be. chciała (nie chciałaby) za ich pośrednictwem wyekspediować jakąś przesyłkę, nie wiedziałaby ani gdzie to zrobić, ani jak.
Zgoła inaczej sprawa ma się, i by miała, z Pocztą Polską.
Która placówki posiada tu i tam, liczne & w większości przystosowane dla osób niepełnosprawnych, a te położone najbliżej Cytrynowego Zakątka przyjazne im – osobom, znaczy się, niepełnosprawnym – co najmniej ponadprzeciętnie.
Z radością w sercu zatem jechała bexa na pocztę w dniu, o którym opowiada dzisiejszy odcinek, z przesyłką niebawem poleconą i stosownym kwitem spoczywającymi bezpiecznie w plecaku Pana Asystenta.
Gawędzili oboje po drodze, Pan Asystent i bexa, miło i niezobowiązująco zarazem, to o tym, to o owym, a między innymi o roli asystentów osób niepełnosprawnych w stymulowaniu aktywności i samodzielności podopiecznych, bexa co chwilę gubiła którąś rękawiczkę albo nogę, Pan Asystent co chwilę więc cierpliwie je, odpowiednio, podnosił i ustawiał na właściwym miejscu, jednocześnie zręcznie omijając mniej lub bardziej naturalne przeszkody na trasie...
Trasa, właśnie.
be. przyznaje, że zapomniała w odpowiednim momencie wrzucić kierunkowskaz.
Czyli machnąć prawą ręką w prawo.
Możliwe, że chciała to zrobić, ale zgubiła nogę i się rozproszyła.
Albo, że grzejąc się w promieniach Słońca, które, gdyby zapytać kogokolwiek innego,
wcale akurat nie świeciło, dzień był bowiem paskudnie bury, ponury i wietrzny, straciła
na chwilę – krótką, oczywiście – kontakt z rzeczywistością.
Dość, że trochę za późno zorientowała się, iż wcale nie jadą na zaprzyjaźnioną pocztę,
tylko w zupełnie innym kierunku, gdzie, co prawda, również znajduje się poczta,
jednak całkowicie nierozpoznana.
Ale od czegóż ciekawość badacza.
Od czegóż asystencja.
O.
Nawierzchni asfaltowej przed ładnych parę metrów kwadratowych; i dwa podjazdy dałoby się spokojnie posadowić.
Są, nawet trzy.
Ale wcale nie podjazdy. Schody – wąskie, śliskie i bez poręczy. Nie do wjechania bexy
nawet przez siłę fachową.
Oraz, na szczęście, również dzwonek ze znaczkiem, na którym widać ludzika na wózku.
Umieszczony na odpowiedniej wysokości.
I może to spowodowało, że bexa nie powiedziała do Asystenta: – Cóż, wypadło na Pana.
Albo: – W zaistniałej sytuacji... Rozumie Pan, że ja...
Ani nawet: – Tu są pieniądze. Powinno wystarczyć. Przesyłkę i prawidłowo wypełnione potwierdzenie nadania ma Pan w plecaku. Swoim plecaku. Czekam. 
Tylko pomyślała, że przejawi chociaż odrobinę samodzielności.
I nacisnęła dzwonek.
Po chwili w drzwiach pojawiła się Pani – należy przypuszczać, że Pocztowa.
– Słucham – zwróciła się do bexy.
– Chciałam się dostać na pocztę.
– Ale po co?
– Mam taką sprawę... do załatwienia na poczcie. Ale schody... Więc pomyślałam,
że skoro jest ten przycisk, to może on służy...
– Tak, właśnie do tego. Żeby wyszedł pracownik i zorientował się, o co chodzi.
– Chodzi o to, że chcę się dostać na pocztę. Mam coś do wysłania.
– To nie tędy. To muszą państwo przez główne wejście i potem obok recepcji w prawo.
– Bagatela – pomyślała bexa. – Kilkadziesiąt metrów dalej po nierównym i pod górę.
Ale w końcu od czegóż asystencja. Z Panem Asystentem i cross mi niestraszny.
Podziękowawszy uprzejmie, udali się zatem – wzmiankowany Pan Asystent i bexa –
do głównego wejścia. Obok którego z daleka było widać tablicę z napisem Poczta Polska
i dużą czerwoną skrzynkę pocztową.
Recepcja. Jest recepcja. Obok niej w prawo. Jest w prawo.
– Słucham państwa.
– Chciałam się dostać na pocztę.
– To nie tędy. Muszą państwo wyjść i pójść w lewo i jeszcze raz w lewo, do bocznego wejścia.
– Właśnie stamtąd idziemy. Bo tam są schody...
– Tak, i tamtędy trzeba było wejść.
– Ale po schodach nie możemy. Skierowano nas do głównego wejścia i powiedziano,
że obok recepcji w prawo. Więc myśleliśmy, że może tu jest jakieś przejście.
– Nie, nie ma. To znaczy, jest. A po co pani chciała na pocztę?
– Yyyyyyyyyyyyyyyyyyyyy...
– Może wysłać list? Zwykły list?
– Nie, nie.
– Albo kartkę?
– Niestety, też nie.
– Przejście jest, ale musieliby państwo mieć kartę gościa. To ja zawołam ochroniarza.  
(do Ochroniarza, zbliżającego się z własnej inicjatywy) – Bo państwo chcieli na pocztę.
– To nie tędy. Muszą państwo wyjść, niestety, i wejście jest z boku.
– Byliśmy tam. I skierowano nas do głównego wejścia, i obok recepcji... Myśleliśmy, że jest przejście i nie trzeba wychodzić z budynku...
– Ale kto państwa skierował?
– Pracownica Poczty. Bo tam był taki przycisk, specjalny, dla niepełnosprawnych; ja go nacisnęłam...
– Jest przejście. To ja państwa przeprowadzę. No bo skoro pani musi na pocztę... Jakąś sprawę załatwić...
– Pocztową.
– No właśnie. Tylko zadzwonię po Kolegę, bo inaczej nie mogę...
A potem przyszedł Kolega, i tych troje przeszło przez bramkę, i szli wszyscy korytarzem, długo i szczęśliwie...
Przy czym bexa jechała.
I już zaraz byli na poczcie.
Na której, okazało się, panowała istna feeryczność.
Batony, książki, kalendarze, czasopisma... Kaskady ich, girlandy, wachlarze, całe rzędy...
Na stojakach i na półkach... W tle i na pierwszym planie...
I kolejka. Niezbyt długa/duża, ale jednak.
– To ja państwa zostawię.
– Oczywiście  – powiedzieli i stanęli w tej kolejce już tylko we dwoje, Pan Asystent i niejaka be. lemon.
O.
Jaka miła niespodzianka. Na szybie właśnie tego okienka, nie innego. Niewidoczny pomiędzy wszystkim, ale z bliska dający się zauważyć bez trudu, znaczek z ludzikiem
na wózku.
bexa z łatwością podała przesyłkę już zaraz poleconą & kwit przekazane przez Pana Asystenta, i dalejże oglądać wyeksponowane cuda & cudeńka.
– To ja panią poproszę tutaj – wyrwał ją z nieobecnawego rozmarzenia głos Pracownicy Poczty Polskiej, informujący też, jaką kwotę trzeba zapłacić.
– Ale dlaczego? – pomyślała bexa. – Tam, gdzie to tutaj, mam ladę nad głową i w ogóle nie widzę, co się dzieje, i zakres akurat tego ruchu, który będę musiała wykonać, mam mocno ograniczony, a jeszcze w kurtce... I będę mogła wyciągnąć rękę tylko trochę. I pewnie rozsypię drobne... Bez sensu. Przecież nie będę tłumaczyć. Jadę. Płacę. Nie marudzę.
Pan Asystent pomoże. I milczę. Milczę. Milczę.
Ale nie wytrzymała.
– Nie rozumiem, okienko dla niepełnosprawnych jest przecież tutaj.
– Nie, proszę pani – odparła Pracownica Poczty – TO NIE JEST OKIENKO
DLA NIEPEŁNOSPRAWNYCH.
Przemówiła tonem bardzo odpowiednim do wysokości stanowiska, na jakim/jakiej się znajdowała; do kontaktów z klientami odpowiednim nieco mniej. Oczywiście, zdaniem bexy. Ale to bez znaczenia.
Przecież i tak dla wszystkich jest jasne, że bexa nigdy już nie przyjdzie na tę pocztę.
Nawet z Panem Asystentem.
Który bez słowa pozbierał i rękawiczki, i monety (pomogła mu w tym zresztą Jakaś Pani), a potem spokojnie powiedział: – Hmmm. Dziwne.
Zza bramki wydostali się po kilku minutach.
Uwolnił ich Pewien Przytomny Człowiek, który jednym rzutem oka ocenił sytuację
i posłużył się swoją kartą, żeby, nawet nie patrząc na wyzwolone przez siebie indywidua, otworzyć bramkę, za którą Pan Asystent i pisząca te słowa niewykluczone, że staliby do tej pory, bo na emitowane przez nich sygnały dźwiękowe nikt jakoś nie reagował.
Wszyscy wokół bardzo się śpieszyli.
Może na pocztę.
Ale kto ją tam wie, ludzkość.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz